Hancock
Ten film miał zmieść konkurencję całego roku 2008. Stało się jednak inaczej. Świetnie rozkręcony wątek fabularny, znakomity, oryginalny i niesamowicie prosty pomysł został skaszaniony jak nic innego w tym roku. W dodatku zawsze świetnie grający Will Smith... Hancock jest superbohaterem, który nie godzi się na swoją rolę, dlatego buntuje się poprzez notoryczne picie. Jest ciągle na bani, a kiedy dzieje się coś złego, owszem, wkracza do akcji, ale wyrządzając więcej szkód, niż sami sprawcy tych problemów. Jest nieostrożny, niszczy wszystko na swojej drodze, jest arogancki. Pewnego dnia ratuje życie człowiekowi, który jest specjalistą w sprawach public relations. W ramach odwdzięczenia postanawia mu pomóc odbudować swój wizerunek i sprawić, by polubił w końcu samego siebie. Godzi się zatem na pójście do więzienia, gdzie ma odbyć karę za wszystkie szkody, jakie wyrządził. Jego kolega przekonuje go, że kiedy wzrośnie przestępczość, wypuszczą go, by dalej robił swoje, tym razem dokładniej i ostrożniej. Kiedy poznaje żonę swojego przyjaciela, powoli zaczyna wychodzić na jaw, skąd się wziął. I to jest właśnie porażka tego filmu - próba odpowiedzenia na pytanie, w jaki sposób superbohater stał się superbohaterem. Strasznie kiepsko - lepiej było pozostać przy samej akcji teraźniejszej, niż grzebać w korzeniach bohatera - zawsze istniałaby możliwość nakręcenie squela. A tak pozostaje tylko żal nad filmem.